Grynia jakby lepiej...?

Właściwie wbrew faktom zdrowotnym i diagnozom wszelakim, bo tylne nóżki sztywne już zupełnie. Dziewuszka dała sobie nareszcie spokój z ich podgryzaniem, wierzę więc, że leki przeciwbólowe w końcu przyniosły ulgę, choć przecież dostaje je od dawna. Jest znacznie bardziej mobilna, czego zupełnie nie rozumiem, bo okolice lędźwiowo-miedniczne to jedna wielka ruina. Zniknęły strupki i ranki z prawego biodra, na którym Gryńka polegiwała całymi dniami. Sudokrem dokonał cudów - skóra gładka, sierść częściowo odrosła. Świniusia jest szczuplutka bardzo, mimo znacznie lepszego apetytu, ale na wyprostowanych kopytkach śmiga do michy całkiem żwawo. Wygląda jak najstarsza staruszka - drobna jest i kruchutka, ale w kaszę sobie dmuchać nie daje. Mieszka od jakiegoś czasu ze stadkiem rezydentów, bo tu nikt jej nie gania i nie stresuje. Widać, że spokojne towarzystwo jej służy.
Marga...

Z trzema guzami żyje sobie spokojnie, jak gdyby ich w ogóle nie było! Żywiuszcza jak skowronek, uparta jak osiołek, głośna, niczym czajnik z gwizdkiem. Pierwsza przy misce, bo na brak apetytu nie narzeka. Przy równolatce Gryni wygląda jak wnuczka. Ponieważ podskubywała słabszą koleżankę, zamieszkała z osamotnionym po śmierci kumpla kastratem. Obydwoje nabrali werwy! Marga rządzi bezdyskusyjnie, chłopak świata poza rudą nie widzi, krok w krok za nią podąża, na progu śpi, gdy megiera na salony nie wpuszcza, ale jedzą razem w najlepszej zgodzie, nawet przytulonych do siebie widuję czasem. Miło na to patrzeć.
Mam nadzieję, że obie babeczki będą do końca w takiej dobrej formie. Na przekór rokowaniom medycznym. Bo jak pacjent chce żyć, to żył będzie!
