autor: kalmah
opowiadanie zajęło I miejsce w Konkursie Wakacyjnym 2008 na Nowym Świnkowym Forum
Wakacyjna Przygoda
01.07.2008r.
06:45
Otworzyłem oczy o zwykłej porze... A ONA? A ONA jeszcze spała!!!! Jak tak można? A pff!!
Była najwyższa pora na jedzenie. (Zresztą, każda pora na jedzenie jest dobra.) A w misce - pusto.
Mój biedny, płaczący Brzuszek... Może nie powinienem był zjadać wszystkiego, gdy tylko wsypała mi do miseczki zaraz przed spaniem? Oj tam!
Spojrzałem na Młodego (ma tak strasznie dziwne imię. Kto by chciał nazywać się Szalej. Po-Szalej?).
Spał.
Gdzie te czasy, gdy Pańcia-Paniuchna codziennie rano gdzieś wychodziła? (Chyba szkołą to nazywała, tylko co to?? Mają tam świnki? JEDZĄ tam świnki?).
Codziennie punkt 6:30 (czasu ludzkiego) pełna micha, a tu o 6:45 miałem samo siano. Bezczelność!! Nie będę przecież jeść suchej trawy! Czy ja wyglądam na królika?!
Wiem, że gdzieś trzyma świeżą, pachnącą, zieloniutką trawkę, a mi kazała zjeść to świństwo! Cwaniara.
Tak nie mogło być. Musiałem ją obudzić! JEŚĆ!!!
6:55
Umieram... Umieram z głodu.
Czy nikogo nie obchodzi mała, biedna, opuszczona świnka, której żołądek zaraz skurczy się do wielkości ziarnka pszenicy?! Albo nie, nie lubię pszenicy. Do wielkości ziarenka żyta. O! Żyto jest dobre. Jeszcze gdyby dodać do tego te zabawne zielone i czerwone kulki z czegoś-tam, to... I te żółte. Albo nie. Bez czerwonych. Czerwone mają dziwny, buraczany posmak.
Młody powiedział mi, żebym się w końcu uciszył (chyba go obudziłem.), bo jeszcze trochę, a walnie mnie w nos. Tylko by spróbował! Nowy jest, więc nie wie, jakie panują tu zasady.
Nie pozostało mi nic innego jak pożuć siano. Co z tego, że jest potrzebne? Ja chciałem trawy. Potrzebowałem jej. Bardzo.
Czy zawsze jak jestem głodny, muszę myśleć o jedzeniu? Gdyby tylko TOZ o tym wiedział, co tu się wyprawia...
(jakiś czas później)
Co za człowiek! Nawet moja najgłośniejsza VI Symfonia Kwika grana na 4 i 5 pręcie nie zwaliła jej z łóżka. Trzeba było jej dłużej siedzieć przed tą skrzynką i walić w jakieś guziki. Co z tego, że ma wakacje? Co to w ogóle jest? Chyba coś dobrego, skoro obiecała mnie zabrać na wakacyjną wyprawę. Że gdzieś pójdziemy...
JEŚĆ!!!!!
8:30
Eeee... Nie wierzyłem własnym oczom! Śpiąca Królewna wystawiła nogę znad łóżka. Dawno nie byłem tak ciekawy, co Paniuchna wymyśliła na dzisiaj.
Pora na śniadanie :]
Dawaj, dawaj, nie żałuj!
...
Z pełnym brzuszkiem od razu poczułem się lepiej.
11:30
Nie podobało mi się, w jaki sposób patrzyła na mnie. To zawsze znaczy to samo - coś będzie chcieć.
Gdzie wkładasz tą rękę?!?! Znasz zasady - jak nie masz nic dobrego, to wynocha!
Wykonałem zgrabny zwrot by uniknąć porwania. Aż sam się sobie dziwię. Pańcia-Paniuchna pomamrotała coś pod nosem, że niby gruby jestem, że podobno do klatki ledwo sam wchodzę, że tylko jadłbym leżąc, (co z tego, że tak jest najwygodniej) a tu się złapać nie dałem. Ejj.. Nie ma głupich. Nie ma jedzenia - nie ma wychodzenia.
Takim oto sposobem trafiłem do paki. Z Młodym zeszło JEJ się dłużej. Ach ta młodzież.
Już myślałem, że celem naszej wyprawy będzie weterynarz. Zawsze ląduję w pace, gdy tam idziemy. ALE PRZECIEŻ TYM RAZEM BYŁEM GRZECZNY!
Wszystko wokół zaczęło się trząść. Na przyszłość prosiłbym traktować mnie delikatniej. Mam wrażliwe ciałko.
Młody wpadł w panikę. Pytał się, co teraz będzie. A ja nie mogłem powiedzieć mu, że nie wiem, nie? Musiałem być odważny! Dlatego przytuliliśmy się do siebie.
Wtedy pojawił się ON.
Czasami przychodzi do NIEJ. Nie wiem zupełnie po co. Nie lubię GO. Noooo nibyyyy jest miły, rzuci czasem coś dobrego. Może właśnie dlatego GO nie lubię, bo ONA GO lubi? A jeśli ONA bardziej GO lubi ode mnie?
Zabrał nas od Pańci. Wiem to, bo Paka zaczęła się bardziej kołysać. No ładnie. Przynajmniej dostaliśmy wałówę na drogę.
We czwórkę zamknęliśmy się w samochodzie (tak chyba nazywa się ten potwór). Pojechaliśmy...
13:00
Matko, co ONA wykombinowała?!
Oby wyprawa była warta mojego cierpienia.
Do tego chyba przesadziłem z zieleniną, bo Młody powiedział, że jeszcze raz odwrócę się do niego tyłem, to on się wyprowadza. W sumie to nie chciałbym, bo fajnie mi się z nim mieszka.
Samochód wreszcie się zatrzymał.
Młody poprosił mnie, żebym zbadał sytuację. Bez przesady! Co on sobie wyobraża? Popchnąłem go do przodu. Jak ktoś ma zginąć, to chyba nie ja, co?!
Wyjrzał przez kratki, ale szybko się wrócił. Poczułem jak unosimy się do góry. Owiał nas przyjemny, ciepły wiatr. Ładnie pachniało.
13:30
Moje radary wyczuły trawę. Duuuużo zielonej trawy.
13:33
Dlaczego oni nas nie wyjmują?
13:40
H...Halo?!
13:41
Znowu stałem się głodny.
13:45
Wreszcie wolni! No... może tak nie do końca. Tak czy inaczej, to było coś! Tyyyyyle przestrzeni. Jeszcze jestem w szoku. Moja Pańcia zasłużyła na plusa (jako akt mojej dobrej woli, ten jeden raz nad ranem, nie będę biegać z Młodym po klatce. A niech stracę).
Pańcia-Paniuchna rozłożyła nam ogromny wybieg. Wstawiła miskę z jedzeniem, poidełko i wrzuciła coś extra na ząb. Żyć nie umierać. Pomyślałem, że mógłbym zostać tu do końca życia. Albo jeszcze dłużej.
15:00
Nudy. Młody śpi (ile można?). Nawet nie chciał ze mną pobiegać. Powiedział, że tak jest mu dobrze, i nie ma zamiaru się ruszać. Leń. Pańcia i hmm.. niech będzie. Pańcia i Pańcio nie zwracali na mnie większej uwagi, tylko zerkali w moim kierunku od czasu do czasu. Odwróciłem się do NICH moim brzydszym końcem. Niech zajmą się swoimi sprawami, a nie podglądaniem.
Przynajmniej głodny nie jestem.
Siedząc tak i dumając postanowiłem pozwiedzać okolicę. Obserwowałem, co Ludziska robią i w odpowiednim momencie, przecisnąłem się przez kraty. O! Taki jestem gibki! Dałem długą prosto w krzaki. Udało się. Pomaszerowałem przed siebie.
Wszystko byłoby ładnie pięknie, gdyby nie wystraszył mnie przeraźliwy wrzask. A w życiu czegoś takiego nie słyszałem! Nawet nie umiem sobie wyobrazić tego czegoś co mogłoby z siebie takie dźwięki wydobywać. Zacząłem uciekać, na wypadek gdyby to coś, gustowało w świnkach.
Schowałem się za najbliższym krzakiem. Całe szczęście że była to porzeczka. No to obiad mamy z głowy. Uspokoiwszy się z deka, pomyślałem, że może trzeba by było wracać. Pewnie Młody tęskni już za mną. Jak miło.
Szkopuł w tym, że nie bardzo wiedziałem w którą stronę iść. Nie, nie będę kwiczeć. Jestem facetem! Faceci nie kwiczą! Jestem odważnym facetem, który nie kwiczy! Jestem....
Zacząłem kwiczeć.
Poczułem jak unoszę się do góry. Moje łapki znajdowały się coraz dalej od ziemi. Już po mnie. Zje mnie Pożeracz Świnek. Zacząłem przeraźliwie kwiczeć (po przeanalizowaniu całej sytuacji, śmiem stwierdzić, że wcale nie było tak bardzo przeraźliwie).
Odwróciłem się ku przeznaczeniu...
A w życiu nie widziałem mojej Pańci tak czerwonej na twarzy! Ups. Ale wtopa. Była zła. Bardzo.
Powiedziała, że następnym razem przywiąże mnie do siebie.
A tak w ogóle to ona tak krzyczała.
21:00
Ale fajnie, że zostajemy tu na cały tydzień. Ciekawe, co czeka na mnie jutro...


