08.07.08
Ho ho ho, ale się dzisiaj działo! Nic nie zapowiadało takiego dnia, bo aż do jej przyjścia był to dzień, jak co dzień.Jak tylko przyszła wpadła do nas i powiedziała, że dziś awansujemy na świnki kuchenne. Bardzo się ucieszyliśmy, cokolwiek by to nie znaczyło, w końcu awans, to awans! Fajnie w tej kuchni, koledzy obok mieszkają i możemy sobie pogadać, wymienić poglądy na wiele tematów. Myśleliśmy, że to na dzisiaj tyle, ale tu się myliliśmy. Pańcia powiedziała, że dziś jest dzień świnek i zabrała kolegów do pokoju aby się wybiegali na torze przeszkód.
Z tego co się zorientowaliśmy koledzy nie byli zainteresowani bieganiem, w przeciwieństwie do leżenia plackiem na pańci i poddawaniu się głaskom, które powodowały, że rozpłaszczali się coraz bardziej, a dwóch to podobno nawet usnęło.
Potem przyszła na mnie kolej. Pańcia powiedziała chodź Białopupku i wygarnęła mnie z domeczku. Głaskała mnie, głaskała, ale twardy jestem, nie rozwałkowałem się, cały czas byłem czujny, zwarty i gotowy. Potem, pewnie w ramach perwersyjnych pieszczot, macała mnie po uszach twierdząc, że coś tam jest. Co może być na uszach, przecież kolczyków sobie nie zafundowałem? Zajrzała mi w zęby. Co jest do diabła! Czy ja koń jestem, żeby mi w zęby zaglądać?! Stwierdziła, że coś jest nie tak. Matko ty moja, żeby mnie tylko do dentysty nie zaciągnęła, bo po niej się wszystkiego można spodziewać. A potem nadeszło najgorsze, przekręciła mnie do góry kołami! Na szczęście do mojego dołu nie miała zastrzeżeń. Próbowała mnie potem, skubana, przekupić ogórkiem, ale nie ze mną te numery....
I nadeszła kolej na Joachima.
Siedziałem sobie spokojnie, jak na kulturalną świnię przystało, a ta mnie złapała i gdzieś poniosła. Pomiędliła moje uszy, obejrzała podwozie i zajrzała w zęby. Czułem się jak na targu niewolników! Ona zszargała moją świńską godność! Jeszcze śmie twierdzić, że moje zęby nie są najpiękniejsze na świecie. Głaskała mnie i głaskała, karmiła z ręki ogóreczkiem, ale co ja pies jestem, żeby się spoufalać?!
Po tej sesji zaniosła mnie do domeczku mojego ulubionego i postawiła na schodkach, żebym sobie sam wmaszerował, ale niedoczekanie twoje! Zrobiłem unik i dałem dyla. Zacząłem zwiedzać kąty. Zapoznałem się przez szpary w klatce ze Wsteczem, obszedłem parę razy wszystkie dziury, ale wolność nie była dana mi na zawsze. Złapała mnie. Pocieszające jest to, że przynajmniej umie się zachować i dała tego ogórka, którego udawałem, że nie chcę.
Powylegiwaliśmy się z Białopupem wymieniając wrażenia i już mieliśmy udać się na zasłużony odpoczynek, ale jej mało było i zabrała nam klateczkę nasza najmilejszą. Szurała nią, cudowała, ale koniec końców oddała zatankowaną do pełna. Za czysto w niej było, więc postanowiliśmy urządzić ją po swojemu, więc w pierwszej kolejności wysypaliśmy zawartość miski, rozwłóczyliśmy siano i nabobczyliśmy nieco. No teraz czujemy się jak u siebie.


