02.07.08
Przyszła z samego rana, dała wody, jedzenia i poszła. Potem przyszedł jakiś facet i zaczął się drzeć "Co to jest? Co one tu robią?" Ciekawe co miał na myśli? Chyba tę górę skarpetek co leżała na łóżku. Słyszeliśmy jak ona się śmiała z tych krzyków. Nie wiem co może być śmiesznego w skarpetkach? Potem na długo nastała cisza i mieliśmy święty spokój.Ustaliliśmy z Joachimem, że pewnie już nie wrócą, a my zostaliśmy właścicielami tego domu.
Ech, życie! Wszystko co dobre kiedyś się kończy, przylazła. Przyniosła sianko i zaczęła coś gadać. Oczywiście ignorowaliśmy ją i udawaliśmy, że nas nie ma. Jak sobie w końcu poszła, to z godnością spożyliśmy obiad. Po obiadku udaliśmy się na krótką drzemkę. W końcu coś nam się należy za zajmowanie się chałupą podczas ich nieobecności.
Ani się obejrzeliśmy, jak zapadł wieczór. Już myśleliśmy, że pójdzie spać, ale nie! Znowu przylazła. Na swoje szczęście przyniosła coś dobrego. Oczywiście swoim zwyczajem umknęliśmy do kąta, wytrzeszczyliśmy czujnie oczy i zamarliśmy w bezruchu udając, że nas tu nie ma.
Wrzuciła nam do klatki furę jedzonka, pewnie myślała głupia, że z taką ilością sobie nie poradzimy, ziarenka, sianko, marchewka, natka, cykoria. Potem siadła przed klatką i tak została. Świnia, nie człowiek, więc próbowaliśmy dalej godnie pościć póki sobie nie pójdzie, ale zaparła się skubana i chyba przykleiła się do podłogi. A jedzonko pachniało, pachniało.... Próbowałem udawać głupa i dyskretnie wsunąć listek natki. Dałem znać Joachimowi by szedł w moje ślady. Zrozumiał. I tak półgębkiem zaczęliśmy kolację bacznie ją obserwując.
My jemy, a ta nadal się nie rusza, może coś jej się stało? Skoro tak, to dawaj Joachim wsuwamy!!! Ja bryknąłem do cykorii, jakaś kwaskowa była, pewnie ta cholera polała ją jakimś świństwem. Joachim zabrał się za marchewkę. Pozazdrościłem mu, porzuciłem cykorię i zacząłem podgryać jego kawałek. Przecież nie wezmę się za drugi skoro ten już wypróbował. Nagle poruszyła się, no to my w nogi. Wskoczyłem na Joachima, dając mu, oczywiście, tym do zrozumienia, że panuję nad sytuacją.
Otworzyła klatkę i włożyła do nas łapę. Czego chcesz, kreaturo paskudna??? A ta nic nie robiąc sobie z naszych inwektyw, dalej nas gładzić po futerkach. Oczywiście gadała cały czas. Nawet miłe to głaskanie było. Oczywiście, nie daliśmy jej poznać, że nam się podoba, niech sobie nie myśli!!!
Ufff, poszła. Nagle zrobiło się ciemno, a nam jakoś miło, więc postanowiliśmy udać się na zasłużony odpoczynek.


