"Opowieść dziewiąta czyli Wigilia"
- Rumba, czemu ludzie tak się denerwują? - spytałem rano najstarszej suki. Rumba zawsze wcześnie rano, kiedy podjadałem po nocy, przychodziła do klatki Mężczyzny, w której stał mój dom. Skorzystałem z okazji, żeby poruszyć temat, który nurtował mnie od dawna - Ciągle mówią, że ma przyjść Wigilia. Czemu oni tak się jej boją?- Oni się nie boją - Rumba, jak zwykle, nie raczyła nawet podnieść głowy z tej ludzkiej ściółki z ziemi zwanej podłogą - Oni się po prostu denerwują. Zawsze, jak idzie Wigilia, denerwują się. To ma związek z jakąś wieczerzą i choinką. Ja się na tym nie znam, wolę spędzać ten czas na osobności.
Wieczerza? Choinka? Co to za dziwne słowa? Ech, ci ludzie, zawsze coś wymyślą, a ty się zastanawiaj... Za grosz szacunku dla świnki!
- A Ty, Bercik, wiesz, co to Wigilia? - spytała Fila, która widać podsłuchiwała pod drzwiami i właśnie wpadła do ludzkiej klatki.
- Jasne, i właśnie myślę, czemu tak się z jej powodu denerwują - jak zwykle nie zamierzałem przyznawać się do niewiedzy - I jeszcze jakaś wieczerza i choinka... Też coś! - skończyłem niezbyt mądrze, ale jakoś musiałem wyciągnąć z Fili, o co tu chodzi.
- A co, nie masz pojęcia, o czym mowa? - Nochal spojrzał na mnie z ukosa.
- Przecież wiem! Tylko nie wiem, czy ludzie tutaj wiedzą!
- Oni chyba wiedzą najlepiej. W końcu, odkąd pamiętam, raz na rok robią coś takiego. Najpierw gotują różne rzeczy w kuchni, potem stawiają choinkę, a potem dają sobie prezenty i dużo jedzą. A, i śpiewają, to chyba najgorsze. Nie da się tego znieść - Fila aż się wykrzywiła. No tak, ludzie zawsze albo mówią, albo śpiewają. Mężczyzna, niestety, lubił śpiewać w mojej obecności. To naprawdę straszne przeżycie...
- A kiedy przychodzi ta Wigilia? - w końcu musiałem się dowiedzieć.
- Mówią, że jak się zaświeci pierwsza gwiazdka - znów nieznane mi słowo - Ale chyba nigdy nie sprawdzali tej gwiazdki. Właściwie, to chyba zaczyna się wtedy, kiedy dadzą sobie prezenty... a nie, najpierw dzielą się płatkiem.
- Opłatkiem - wtrąciła Rumba.
- Przecież mówię, że płatkiem. To takie coś białego i płaskiego, do jedzenia. Najpierw dzielą to między siebie, a potem nam dają po kawałku. Nawet nienajgorsze są te płatki...
- Opłatki! - Rumba była wyraźnie zdenerwowana - Słuchaj uchem, a nie brzuchem! Ty tylko o jedzeniu...
- A Ty skąd wiesz tak dobrze, co jedzą ludzie? - Obie suki, kłócąc się zawzięcie, wyszły. Zostałem sam. Znów muszę dojść bez pomocy, co ci ludzie wymyślili. Zaraz, to chyba to dzielenie i jedzenie to wieczerza. Bo choinka to przedmiot, jeśli ją stawiają. Ech, ci ludzie...
Wieczorem usłyszałem dziwne hałasy. Jakby szelesty... Do klatki wszedł Mężczyzna, niosąc coś dziwnego. To coś wyglądało jak gigantyczny patyk do gryzienia, ale miało liczne odrosty i zielone kreseczki na końcach. Człowiek postawił to coś niedaleko mojej klatki i wyszedł. Za chwilę wrócił z jakimiś pudłami. Zaczął z nich wyjmować dziwne, okrągłe i błyszczące rzeczy i, pogwizdując, wieszał je na tym zielonym czymś. Na wszelki wypadek obserwowałem przebieg wydarzeń z domku. Kto wie, co to jest, może coś niebezpiecznego?
Po dłuższym czasie, obwieszeniu zielonego czegoś dużą ilością błyskotek i owinięciu czymś długim i wąskim, Mężczyzna powiedział z wyraźną dumą - Gotowe! Jak Ci się podoba Twoja pierwsza choinka, Bercik?
Więc to jest choinka! Nawet niebrzydka. Pachnie trochę za mocno, ale da się znieść. To jeszcze wieczerza i ta cała Wigilia będzie z głowy.
Mijał czas, a spoza klatki dobiegały odgłosy energicznej krzątaniny ludzi. Czyżby szykowali się do tej, no, wieczerzy?
Gdy dźwięki ucichły, do klatki weszła Rumba.
- No, zaczyna się - jęknęła - To mnie nie ma - wskoczyła na łóżko i od razu zwinęła się w kłębek.
- Co się zaczyna? - spytałem zaciekawiony.
- Wigilia. Znów będą śpiewać...
No, to jeśli się zaczęło, muszę być ostrożny. Lepiej nie wychodzić z domku...
Niedługo usłyszałem kroki. Ostrożnie wyjrzałem - to Mężczyzna, i coś przyniósł.
- No, Berciku, życzę Ci wesołych świąt. Mam nadzieję, że prezent Ci się spodoba - powiedział. Schylił się nad klatką i zdjął pręty - a potem zabrał domek! To tak! Nie dam się! Zacząłem uciekać, starając się uniknąć schwytania.
- Nie denerwuj się! Ja tylko chciałem dać Ci nowy domek... - usłyszałem. Za chwilę pręty wróciły na miejsce, a człowiek odszedł. Rozejrzałem się - rzeczywiście, miałem nowy domek! I to jaki, z oknem i wygodnym wejściem na dach! Okienko było małe, w sam raz takie, żebym nie pomylił go z drzwiami i nie utknął w nim przypadkiem. Jedna ściana była pochylona i miała stopnie, żebym mógł łatwo wejść na górę. No, to jest coś! Wreszcie człowiek do czegoś się przydał... poza przynoszeniem jedzenia i picia, no i poza sprzątaniem, oczywiście.
Nagle dotarł do mnie dźwięk otwieranych drzwiczek - tak się zapatrzyłem na nowy dom, że nie usłyszałem kroków Mężczyzny! Ten jednak nie próbował mnie łapać, tylko położył coś obok mnie.
- Smacznego!
Spojrzałem. O rany, jaki wielki kawałek buraka! I jakieś pięknie pachnące listki, to chyba bazylia! O, a to co? Jakiś kawałeczek czegoś cienkiego i białego... Zacząłem to wąchać.
- To opłatek, Bercik, weź go - powiedział człowiek.
Opłatek! Dostałem kawałek opłatka! Traktują mnie jak człowieka! Szybko zjadłem ten nadzwyczajny prezent. W sumie nawet nie był taki zły, ale mlecz czy siano są smaczniejsze.
Mężczyzna poszedł. Zjadłem resztę przysmaków, popiłem i uznałem, że pora się zdrzemnąć. Ułożyłem się wygodnie w nowym domku, i zasnąłem, myśląc o urokach Wigilii. Nie miałem pojęcia, że ludzie szykowali mi niespodziankę, która odmieni moje życie...


