Data ostatniej aktualizacji: 29.07.2010r. flaga_polski flaga_angielska
Bercik

"Opowieść ósma, czyli dzień jak co dzień"

     Minęło kilka dni. Codziennie spacerowałem po łóżku, codziennie dostawałem mleczyk. Raz pojechaliśmy do Zielonego, jak mówił człowiek - weterynarza. Powiedział, że jestem już zdrowy i że powinienem na zimę dostawać witaminę C, czy jakoś tak. Nie mam pojęcia, o co mu chodziło.
     - Co to takiego zima? - spytałem Melę po powrocie.
     - To zaskakujące, że nie wiesz - odparła - zima to pora roku, zimna oczywiście. Rok, jak zapewne wiesz, dzieli się na cztery pory wiosnę, lato, jesień i właśnie zimę. Wiosna to...
     - Oczywiście, że wiem - przerwałem - zapomniałem tylko o zimie. - Jak zawsze nie zamierzałem przyznawać się, że czegoś nie wiem. Zresztą, łatwo było domyślić się reszta - jeśli zima jest zimna, to pewnie lato jest ciepłe, a wiosna i jesień takie pośrednie.
     - Mógłbyś wykazywać więcej dobrych manier i nie przerywać starszym, gdy mówią - Mela była najwyraźniej niezadowolona - A teraz wybacz, muszę zająć się obowiązkami - jak zawsze elegancko odwróciła się i odeszła. Za to do klatki podszedł Mężczyzna.
     - No, Bercik, pora na spacer po pokoju - powiedział i otworzywszy klatkę odsunął się. Wyjrzałem na zewnątrz. Drzwi opierały się o ziemię, a raczej - jak mawiają ludzie - o podłogę. Ostrożnie sprawdziłem, czy są stabilne i wyskoczyłem z klatki. Rozejrzawszy się, pobiegłem najpierw, ślizgając się, pod ścianę, gdzie pod jednym z olbrzymich drewnianych przedmiotów - nazwałem je drzewiakami - była szczelina. W sam raz dla mnie - pomyślałem - będę mógł w spokoju rozejrzeć się po tej, no, podłodze. Wszedłem w kąt i od razu zacząłem kichać. Było tu bardzo dużo kurzu. Nic to, trzeba wytrzymać, nie będę przecież ryzykował.
     Spojrzałem spod drzewiaka - na środku pokoju leżał Mężczyzna i patrzył na mnie. O co może mu chodzić? Nieważne, dopóki nie zamierza mnie łapać, nie interesuje mnie. Człowiek leżał na czymś, co przypominało gruby koc. Koc nie pokrywał całej podłogi, pozostała część wyglądała na drewno, ale była pokryta czymś śliskim. Będę miał kłopoty z bieganiem.
     Posiedziałem trochę w ukryciu, ale w końcu znudziło mnie to i podszedłem do człowieka. Wyciągnął do mnie rękę - o niedoczekanie! Odskoczyłem i natychmiast odbiegłem kawałek. Człowiek znów zamarł bez ruchu.
     Przez jakiś czas zwiedzałem pokój. Był kilkanaście razy większy od mojej klatki i całkowicie zamknięty. Nawet drzwi przylegały do ściany. Poza oknami ściany były nieprzezroczyste, zrobione z nieznanego mi materiału. Na pewno nie z drewna. Znalazłem jeszcze kilka dobrych kryjówek.
     - No, pora do domku - usłyszałem w końcu Mężczyznę. Sięgnął w moją stronę! Uciekłem znów w szczelinę - tam Człowiek nie wejdzie!
     Niestety, nie przewidziałem tego, że ręka się mieści - Mężczyzna złapał mnie i wyciągnął, mimo protestów, spod drzewiaka, a potem odłożył do klatki. Jednak nie zamknął jej, a sięgnął gdzieś w bok i włożył stosik czegoś ładnie pachnącego.
     - Proszę, to świeża trawa. Na razie niewiele, żebyś się nie rozchorował.
     Trawa była zielona i soczysta. Od razu zjadłem wszystko. Było nawet smaczniejsze, niż mleczyk. Potem pojadłem trochę z miski i poszedłem spać.
     Kolejne dni były podobne do siebie. Rano dostawałem marchewkę lub buraka, które zresztą bardzo lubiłem i zjadałem od razu. Jeśli zjadłem w nocy siano czy twardy pokarm z miski, dostawałem i je. Tak samo i wodę. Co parę dni Mężczyzna wkładał do klatki coś, co nazywał ziołami. Poza mleczykiem była to podobno babka w dwóch rodzajach i pokrzywa. Bardzo mi smakowały, ale najlepsza była trawa, którą dostawałem prawie codziennie.
     Po jedzeniu Mężczyzna znikał na większość dnia, a ja podjadałem albo spałem. Czasem przychodziły psy, które chętnie mi opowiadały o miejscu, w którym byłem i o ludziach. Psy znacznie lepiej rozumiały się z ludźmi, niż świnki. Dzięki tym rozmowom wiele dowiedziałem się o świecie.
     Gdy zaczynało się ściemniać, wracał Mężczyzna - jak mówiły psy - z Pracy. Nie mam pojęcia, gdzie jest ta Praca, ale chyba gdzieś daleko, jeśli tak długo go nie było. Mężczyzna wypuszczał mnie na spacer, a ja biegałem sobie, aż się nie zmęczyłem. Wtedy wkładał mnie z powrotem do klatki i od razu dawał jakąś smaczną rzecz. Czasem była to natka pietruszki, czasem liście czegoś smacznego, co nazywał cykorią. Potem zapadała ciemność i miałem znów czas dla siebie.
     Tak mijały kolejne dni. Zauważyłem, że za oknami ciemno robi się coraz wcześniej. Ludzie biegali zaaferowani, i zaczęli wspominać coś o jakiejś Wigilii, która ma nadejść. Kolejnego wieczora, przed snem, zacząłem się zastanawiać, kto to ta Wigilia? Dziwne imię, może to ktoś niebezpieczny? Ludzie są zdenerwowani, może się jej boją? Spytam jutro Któregoś z psów, może czegoś się dowiem?


Copyright © 2008-2010 http://www.swinkimorskie.eu
Webmaster & Design by Gandalf & Karena
statystyka