"Opowieść czwarta, czyli co się ze mną dzieje?"
- Apsik! - znowu kichnąłem. Jestem tu ledwo dwa dni, a już kicham! Co to za miejsce! No, w sumie miłe miejsce. Mam gdzie mieszkać, mam co jeść. Pudełko, w którym mogę się chować, nazywa się domek i jest z drewna. Mam wreszcie na czym ścierać zęby, bo gałązek ani suchego chleba tu nie ma. W sklepie zresztą też był tylko chleb, za mało na nas wszystkich.Poznałem lepiej mieszkańców mojego nowego domu. Czworonogi z długimi ogonami to koty. Są tu dwa koty, a właściwie kotki. Są tu też dwa zwierzęta podobne do mnie, mieszkają w klatce obok. Nazywają się chomiki i jedzą prawie to samo, co ja. Ludzie dzielą się na Mężczyznę, Kobietę i Dziecko, ja mieszkam w pokoju Dziecka. Pokój to taka duża klatka dla ludzi, a mieszkanie składa się z kilku takich klatek. Tak przynajmniej mówią koty.
- Miauuuu! - odezwała się Fizia, jedna z kotek - Znów kichasz! Na pewno masz katar!
- Mam, no i co?
- A wiesz, że to niebezpieczne? Na to się umiera... ale najpierw traci się oczy...
- Co Ty mówisz! - przeraziłem się! - Jak to, bez oczu? I umrzeć?
- A tak! Koty tak mają! - miauknęła Fizia. - A świnki mają inaczej? Bo ludzie tylko kichają i nic, to może wy też.
- Nie wiem, nie znam nikogo, kto miałby katar... - byłem bardzo zdenerwowany, zwłaszcza, że oczy trochę mi ropiały i nie mogłem ich całkiem otwierać. Muszę dać znać ludziom, że coś mi jest! Ale jak? Najlepiej pokazać, że się źle czuję!
Właśnie weszło Dziecko. O, to pokażę, co mi jest - położyłem się w kącie z ponurą miną. Leżałem tak chwilę, aż człowiek się mną zainteresował.
- Prezesiku, jak się czujesz?
- Apsik! - znów kichnąłem.
- Mamo, świnka jest chora! - Dziecko wybiegło z pokoju.
No, może się uda. Nie chcę umrzeć!
Za chwilę do pokoju weszło Dziecko z Kobietą.
- Co mu jest, córeczko?
- Nie wiem, kicha, ma ropę w oczach i nie chce chodzić.
- Pewnie się przeziębił. Trzeba go zabrać do weterynarza, ledwo w domu, a już do leczenia Co to za sklepy Zaraz sprawdzę, która lecznica u nas zna się na świnkach.
Lecznica? Weterynarz? O co im chodzi? Psik! Niedobrze, naprawdę zaczynam czuć się kiepsko.
Po jakimś czasie Kobieta wróciła, niosąc pudełko podobne do tego, w którym przyjechałem.
- Jedziemy do weterynarza - powiedziała. - Włóż go do transportera.
Dziecko otworzyło klatkę i wzięło mnie na ręce. Wszystko mi jedno, kiepsko się czuję Wylądowałem na sianku, a dach nade mną się zamknął. Miałem nadzieję, że ludzie wiedzą, co robią. Po chwili ludzie wynieśli mnie z mieszkania i zanieśli do dziwnej klatki na kołach. Fizia mi o niej opowiadała, nazywa się to samochód. Jechała nim do tego mieszkania. Za chwilę ruszyliśmy. Bolała mnie głowa, co chwila kichałem, zacząłem też kaszleć. W końcu dojechaliśmy na miejsce. Dziecko wyniosło mnie za samochodu i poszliśmy do jakiegoś nieznanego pomieszczenia. Pachniało tam różnymi zwierzętami i czymś dziwnym, nieprzyjemnym. W pomieszczeniu były jeszcze jedne drzwi.
- Mamo, myślisz, że nic mu nie będzie?
- Chyba nie, zaraz wejdziemy i się dowiemy - rozmawiali ludzie.
Gdzie mamy wejść? Gdzie ja w ogóle jestem?
Po jakimś czasie drzwi się otworzyły i wyszedł z nich jakiś człowiek z kotem na rękach. Za człowiekiem pojawił się inny, ubrany na zielono.
- Zapraszam państwa.
Weszliśmy do pokoju. Pachniało tu jeszcze gorzej. Mimo złego samopoczucia, byłem gotowy do ucieczki.
- Kogo tu mamy?
- To świnka. Kicha i kaszle, jest niemrawy...
- Zobaczymy, co jej jest.
Dach transportera się otworzył. Spodziewałem się, że ktoś będzie chciał mnie wyjąć, ale nic takiego się nie stało. Ciekawe. Trzeba to sprawdzić. Wspiąłem się na tyle łapy i wyjrzałem na zewnątrz. Zobaczyłem nieznany pokój, moich ludzi i tego człowieka z zielonym, którego już widziałem wcześniej. Hm, nikt mnie nie trzyma spróbujemy wyjść. I hop! Podniosłem się na przednich łapach i wyszedłem na daszek transportera.
- Chora świnka tak łazi... Zabawne! - powiedziała Kobieta i mnie przytrzymała.
- O, jaki ładny! Wyjątkowo! Jak się nazywa? - spytał Zielony.
- Prezes.
- Ładnie. Zapowiada się na szefa. To jak już wyszedł, zbadam go - powiedział Zielony. Złapał mnie bezceremonialnie i, przytrzymując, dotknął czymś chłodnym.
- Spokojnie, mały, to tylko stetoskop.
Po chwili dotyk ustał. Człowiek obejrzał mi jeszcze pyszczek i oczy.
- Je, pije?
- Tak, bez zmian.
- To nic takiego, zwykłe przeziębienie. Widać przewiało go, gdy Państwo wieźli go do domu, albo już w sklepie. Świnki są bardzo wrażliwe na przeciągi, mogą nawet złapać zapalenie płuc. To dla nich ogromnie niebezpieczna choroba. Na szczęście jemu nic poważnego nie jest. Dam mu teraz antybiotyk i krople...
Zielony złapał mnie tak, że nie mogłem się ruszać i ukłuł silnie w kark.
- Ouiiiii! Ouiiiii! - zakrzyczałem - To boli!
- Ma niezły głos powiedział Zielony - No już po bólu, Prezesiku. Jeszcze tylko krople - złapał mnie za kark i przyłożył coś do oka. Wpadł mi do niego jakiś płyn, zaszczypało, ale za chwile przeszło i nawet poczułem się lepiej. Po chwili to samo człowiek zrobił z moim drugim okiem.
- Obejrzę mu jeszcze zęby - Zielony włożył mi do pyszczka jakąś rurkę i pogmerał. Nie mogłem się ruszyć, zbyt mocno mnie trzymał.
- Całkiem ładne, ale chyba troszkę za długie. Czy ma w klatce gałązki?
- Nie, nie zdążyliśmy kupić. Dziś to załatwimy.
- Proszę go włożyć już do transportera. Wypiszę mu antybiotyk i krople do oczu. Proszę mu też dawać lakcid, żeby nie było kłopotów z trawieniem. Dwie godziny po antybiotyku. Za trzy dni proszę przyjść na kontrolę.
- Dziękujemy. Ile płacę...?
Skubałem już sianko. Kark jeszcze troszkę mnie bolał, ale poczułem się lepiej. Zielony mówił, że nic mi nie będzie, to dobrze. Ale ile jeszcze będę kichał? I co to znaczy "przyjść na kontrolę"...?


