Data ostatniej aktualizacji: 29.07.2010r. flaga_polski flaga_angielska
Bercik

"Opowieść trzecia, czyli gdzie ja jestem?"

     Było ciemno i trzęsło. Odrobina światła dolatywała przez otworki w pudełku, do którego wsadził mnie sklepowy. Razem ze światłem dobiegały mnie strzępy dźwięków z zewnątrz.
- Ile?... Trzydzieści... Do widzenia…
     Co się dzieje? Dokąd mnie zabierają? - ta niepewność odbierała mi siły. Sianko, jest sianko - to dobrze. Jest co jeść, jest gdzie się schować…
Wstrząsy nie ustawały, tylko ich siła się zmieniała. Siedziałem skulony w kąciku. Zaczęło się robić chłodno. Siana było za mało, żebym mógł się rozgrzać. Niedobrze, co to będzie?
Nagle zrobiło się ciszej, ustały też wstrząsy. Wyraźniej usłyszałem też rozmowę z zewnątrz:
     - To jak dasz mu na imię?
     - Nie wiem. To wyjątkowa świnka, więc musi mieć wyjątkowe imię.
     - Może Hannibal? I imię, i osoba wyjątkowa.
     - Nie, nie podoba mi się.
     - Zapnij pas, ruszamy.
     - Już, już...
     Imię! Chcą dać mi imię! Tylko Brunner ma imię, ja też je będę miał! Będę mu równy! Z podniecenia zacząłem biegać po moim więzieniu!
     - Daj mu Prezes - usłyszałem nagle - Będzie pasować, to w końcu świnka dominująca.
     - Dobrze, to Prezes!
     Mam imię! Naprawdę! Prezes...może nie brzmi najlepiej, ale to moje własne imię!!! To chyba nie będzie ze mną źle!
Czas mijał, a ja siedziałem w ciemności. Sianko przestawało mi smakować. Co będzie? Mam imię, to wspaniale, ale nie wiem, dokąd jadę. Co to będzie?
W pewnym momencie wstrząsy wróciły. Chłód też, na szczęście jedno i drugie na krótko. Jeszcze trochę i usłyszałem:
     - Wyjmij go, weź na kolana, a my przygotujemy klatkę.
     Pudełko ktoś otworzył i przednia łapa człowieka - chyba nazywają je rękami - sięgnęła po mnie. Nie miałem dokąd uciekać, więc bez problemu mnie złapała i wyjęła. Byłem w nieznanym mi ciepłym i jasnym miejscu.
     - Jest śliczny - powiedział najmłodszy człowiek, ten, który mnie wyjął. Byłem na jakimś nierównym terenie - to chyba te kolana. Usadowiłem się w podłużnym zagłębieniu i czekałem na rozwój wypadków. Człowiek tymczasem gładził mnie ręką.
     - Prezesiku śliczny, malutki - mówił. Nic nie rozumiałem, na wszelki wypadek byłem gotowy do ucieczki.
     - Gotowe, daj go tu - dobiegł mnie głos, chyba człowieka z futrem na pysku. Najmłodszy złapał mnie i opuścił, po czym położył mnie na czymś i zabrał ręce.
      Rozejrzałem się - byłem w klatce. Podłoga była wysypana brykietami, zlokalizowałem też miseczkę z jedzeniem. W kącie stało pudełko, podobne do tego, w którym przyjechałem, ale zrobione z czegoś, co przypominało materiał brykietów. Było też sianko - to samo, w którym przyjechałem.
     Poczułem wodę, ale nie widziałem miski, tylko jakiś dziwny przyrząd na ściance klatki. Odwróciłem się - wszyscy trzej ludzie patrzyli na mnie, pojawił się też jakiś dziwny stwór, chodzący na czterech nogach, ale zbudowany zupełnie inaczej, niż my, świnki. Oj, lepiej się schować - dałem nura do pudełka.
     - Dajmy mu teraz spokój, niech posiedzi w domku. I zabierzcie koty, będą go denerwować.
     Ach, więc to się nazywa domek. No dobrze, to wiem, gdzie mieszkam. A koty, to pewnie te stwory czworonożne. Lepiej na nie uważać.
     Gdy zasypiałem w domku, nie przypuszczałem, co mnie czeka w najbliższych dniach...
Copyright © 2008-2010 http://www.swinkimorskie.eu
Webmaster & Design by Gandalf & Karena
statystyka