"Opowieść druga, czyli co ze mną będzie?"
Od mojego przybycia do sklepu minęło trochę czasu. Nie wiem, ile dni – światło tu było dziwne, paliło się słabiej lub mocniej bez przerwy.Poznałem resztę świnek – Jasnego Trikolora, Ciemnego Trikolora, Rudego, Jasnego Rozeta i Ciemnego Rozeta. Wszyscy byli trochę starsi ode mnie i wszyscy bali się Brunnera. Mieli powód – był dwa razy większy od nas.
Sklepowi ludzie dawali nam codziennie jedzenie – smaczne ziarna i ciasteczka. Dostawaliśmy też sałatę – mmm, bardzo smaczną sałatę! Woda też była, w miseczce, do której wiecznie wpadały trociny i brykiety, którymi wyłożony był wybieg. Czasem ludzie dokładali siano, czyli moje ulubione jedzenie i domek zarazem.
- Słuchajcie, czemu my właściwie dajemy się ganiać Brunnerowi? – spytałem pewnego dnia Jasnego Rozeta. – Zastanawiałem się, i myślę, że razem możemy go pokonać.
- Daj spokój, Aguti – odpowiedział Jasny – Przecież takie są zasady – on jest duży, więc on rządzi.
- Ale on jest sam, a nas sześciu. Razem damy mu radę.
- Razem? Daj spokój, nic nie będziemy razem robić. Świnki tak nie działają. Zresztą – jeśli pokonamy go razem, to kto będzie rządził?
Tak, o tym nie pomyślałem. Musi być jeden przywódca. Najlepiej ja. Tylko jak pokonać dwa razy większego konkurenta?
- No, co się gapisz – zły na siebie, musiałem odreagować, a Czarny, jeden z królików, był pod łapą.
- Cooo? – spytał, patrząc tym króliczym, nic nie wyrażającym wzrokiem.
- Uciekaj! – zaterkotałem, kręcąc zadem i pusząc się. Każda świnka na ten widok wiedziała, że jestem zły, ale króliki nie rozumiały naszego języka.
- Cooo? - spytał znowu Czarny.
- Zjeżdżaj stąd! - teraz już zacząłem uderzać zębami o zęby. Dawałem wyraźny znak, że będę gryzł, ale do Czarnego oczywiście nic nie docierało. Popatrzył na mnie i zabrał się do żucia siana.
- A masz! – ryknąłem, doprowadzony do szału, i uderzyłem z całej siły pyszczkiem w jego bok.
- Au! Co jest? – jęknął i odskoczył w bok.
- Uciekaj! No już! Wrzeszczałem.
Czarny spojrzał na mnie wyraźnie urażony i odkicał kawałek, żeby znów zająć się sianem.
Przegoniłem go! A jest większy ode mnie! To może i Brunnera przegonię! I zostanę szefem!
Zacząłem biegać nerwowo w poszukiwaniu Brunnera. Zaraz go znalazłem, właśnie dominował obu Trikolorów.
- Brunner! Chodź tu! – kwiknąłem.
- Zajęty jestem, Aguti, daj mi spokój!
- Nie dam!
- Odczep się! – Brunner ruszył na mnie z terkotem.
- Nie wystraszysz mnie! – zaterkotałem i od razu uderzyłem go pyszczkiem w pysk.
- Au! No co ty! – kwiknął urażony.
- Uciekaj! – zaterkotałem tryumfalnie i uderzyłem jeszcze raz.
- Zostaw mnie! – zakwiczał Brunner i odbiegł kawałek.
Wygrałem! Pogoniłem szefa!
Nagle zauważyłem, że nad wybiegiem stoi trójka przejściowych ludzi i wyraźnie mi się przygląda. O co im chodziło?
- I jak, co myślicie? Ładna świnka, i z charakterem – powiedział jeden z nich, z odrobiną futra na pysku.
- Bardzo ładna, ale na co nam świnka morska? Chomików i kotów nie starczy? – spytał inny, z jasnym futrem na głowie.
- Mamo, ale ta świnka mi się podoba, chcę ją! – najmłodszy człowiek miał chyba na myśli mnie!
- A będziesz się nią zajmować? Mamy już tyle zwierząt…
- Będę! Obiecuję!
- No już, pomyślimy – podsumował ten z futrem, po czym wszyscy odeszli.
Przejściowi się mną interesują, pomyślałem, o co chodzi?
Za chwilę przejściowi wrócili z jednym ze sklepowych.
- Ta rudobrązowa świnka, to samiczka?
- Sprawdzimy – odpowiedział sklepowy i sięgnął w dół, w moją stronę.
O nie, nikt mnie nie będzie podnosił! Zacząłem uciekać, wpadając na świnki i króliki. Niestety, człowiek wkrótce przyparł mnie do ściany, złapał, podniósł i odwrócił na plecy.
- Samiec.
- Szkoda, wolelibyśmy samiczkę – powiedział ten z jasnym futrem.
- Daj spokój, jest wyjątkowo ładny. Weźmy go – odpowiedział ten z owłosionym pyskiem.
- Mamo, ja już nie chcę samiczki! Ja chcę samczyka! – zapiszczał najmłodszy człowiek.
- No dobrze, skoro się upieracie… Weźmiemy tę świnkę, razem z klatką i jedzeniem oczywiście.
Sklepowy odłożył mnie znowu na wybieg.
- Chłopaki, wyjeżdżam! Przejściowi mnie zabierają! – kwiczałem podniecony.
- Gdzie wyjeżdżasz? – moi rówieśnicy natychmiast zebrali się przy mnie.
- Nie wiem jeszcze, ale wyjeżdżam! Nareszcie!
- Powodzenia, mały – Brunner też do mnie podszedł – I gratuluję. Nikt mnie jeszcze nie przegonił. Mówię ci, będziesz najsłynniejszą świnką świata.
- No jasne! – kwiknąłem. I to były moje słowa pożegnalne – sklepowy złapał mnie i wsadził do jakiegoś ciasnego, ciemnego pomieszczenia.
- Protestuję! Tak nie można! – krzyczałem.
Oczywiście nic to nie pomogło. Ciemno, ciasno… Dobrze chociaż, że jest sianko. Ale co dalej? Co się ze mną stanie? Nagle perspektywa wyjazdu przestała być tak atrakcyjna…


