Data ostatniej aktualizacji: 04.09.2010r. flaga_polski flaga_angielska
Bercik

"Opowieść czternasta, czyli ośmielanie"

     Dzień zapowiadał się pięknie. Na dzień dobry przed moim nosem wylądowała natka pietruszki i marchew. Za chwilę pozostało mi tylko wspomnienie, przyjemny smak w ustach i poczucie sytości. No, pora wstać!
     Jedna noga, druga... przeciągnąłem się, teraz mycie... No, można się rozejrzeć. Miska pełna, paśnik też. To do roboty, zaczynam znów być głodny...
     Jadłem i rozmyślałem, popatrując co chwila na domek, w którym siedział nowy. Wczorajsza rozmowa zapadła mi w pamięć. Trzeba coś zrobić, przecież on nie może żyć w ciągłym strachu przed wszystkim. Nawet na jedzenie nie wyszedł, wciągnął sobie do domku, a teraz tylko łypie ze środka. Co by tu zrobić... Mam! Jestem geniuszem! Ale trzeba będzie poczekać na spacer. A na razie pogadać.
     - Bolek, wyjdź. Co mam tak sam tu jeść - zagadałem.
     - Nie chcę! Boję się! - dobiegło z domku.
     - No wyłaź, przecież widzisz, ze nic się nie dzieje! Nie możesz całego dnia przeżyć na tych paru kawałkach zieleniny!
     - Ale na pewno nic mi nie grozi?
     - Nie! Ludzie poszli do Pracy, a psy tu nie wchodzą! Zresztą i tak nie potrafią otwierać klatek.
     - Na pewno? No dobrze, może rzeczywiście coś zjem... - Bolek wreszcie wyszedł i podreptał do paśnika Odsunąłem się, żeby miał miejsce. Niby nie powinienem, jako przywódca, ale teraz nie mam go dominować, tylko ośmielać. Nowy podniósł się, oparł przednie łapy o paśnik i zabrał się do jedzenia. Pojadłem chwilę dla towarzystwa, potem odszedłem i przyglądałem się Bolkowi. Nawet tego nie zauważył, skupiony na sianie. Poszedłem do miski, zjadłem trochę i wskoczyłem na domek. Boluś zareagował dopiero teraz - odskoczył od paśnika, rzucając w moją stronę przerażonym wzrokiem.
     - Spokojnie, to ja. Nie denerwuj się. - uspokoiłem go.
     - Nie, no, ja nic... - zaczął się plątać.
     - Już dobrze. Może teraz rzucisz okiem do miski? Tam też jest co jeść.
     Bolek poszedł za moją radą, a ja sam postanowiłem się zdrzemnąć w oczekiwaniu na spacer i wielką chwilę realizacji mojego genialnego pomysłu. Byle tylko pies poszedł na współpracę...
     Czas dłużył się niemiłosiernie. Starałem się jak najwięcej drzemać, ale czasem trzeba było coś podjeść. Kolejne próby dodania Bolusiowi odwagi kończyły się tak samo - wychodził na chwilę z domku, pojadł, popił, i wracał. Biedak, widać, że jest wrażliwy, a życie dotąd go nie rozpieszczało. Założę się, że nie opowiedział mi nawet połowy z tego, co przeszedł.
     No, wreszcie! Trzask drzwi! Poderwałem się i podbiegłem do drzwi klatki. Zacząłem na przemian szarpać pręty zębami i krzyczeć.
     - Otwieraj! Już, natychmiast! - wrzeszczałem. Mężczyzna wbiegł do pokoju:
     - Co się stało, czemu tak się awanturujesz? - spytał. - Pewnie chcesz jeść? Zaraz coś Ci dam - i wyszedł.
     Ech, ludzie nic nie rozumieją. Tylko pytają, a potem i tak robią to, co chcą. Nie to, co my, świnki. Z drugiej strony, czego oczekiwać od istot, które są tak niemądre, by chodzić na dwóch łapach, choć mogą na czterech. No, może czasem te dwie górne przydają się do czegoś - sprzątania, podawania cykorii...
     O sałacie mowa - Człowiek przyniósł właśnie liście cykorii! No, to chociaż trochę go usprawiedliwia! Do cykorii nawet nowy wyszedł!
     Kiedy zjedliśmy, Mężczyzna wreszcie uznał, że pora na spacer i wyjął nas z klatki. Mógłby coś wymyślić, to ciągłe noszenie jest niewygodne, a i Bolusia strasznie denerwuje.
     Gdy stanęliśmy na ziemi, rozejrzałem się - o, jest Rumba! Chyba się uda, tylko...
     - Bolek! Gdzie Cię nosi! - ryknąłem tak głośno, że i pies, i Człowiek drgnęli. - Natychmiast wracaj!
     - Akurat! - dobiegł mnie stłumiony głos kolegi. Rozejrzałem się. To chyba niemożliwe, nie wlazł za łóżko? Chociaż... Podszedłem bliżej - tak, wyraźnie go czuję! A to tchórz!
     - Wyłaź, i tu już! Muszę ci coś pokazać! - wpadłem w szczelinę koło ściany i wypędziłem nowego. Nie za daleko, zostawiłem go koło łóżka, pod wystającym jakby daszkiem, żeby czuł się bezpieczniej.
     - Patrz, teraz pokażę Ci, że nie ma się czego bać! - powiedziałem dumnie i zacząłem skradać się do leżącej na boku Rumby. Podchodziłem na wszelki wypadek od strony ogona, lepiej nie ryzykować całości futra dla jednego nerwowego kudłacza.
     Jeden krok... Drugi...Rumba śpi, albo wygląda, jakby spała. Lepiej, żeby spała naprawdę.
     Jeszcze kawałek... Końcówka ogona lekko drży... Teraz!
     Wysunąłem nos i powąchałem ogon Rumby. Nagle pies się podnosi! Odskok!
     Uskoczyłem kawałek w bok, obserwując uważnie właścicielkę ogona. Rumba nadal leżała, tylko teraz nie na boku, a na brzuchu, z głową w górze. Patrzyła na mnie ze zdziwieniem pomieszanym z wyrzutem. Chyba nie spodobało jej się, że przerwałem odpoczynek. Rozejrzałem się szybko - Człowiek patrzył na mnie z uwagą, jakby lekko spięty. Bolek był jak urzeczony. No dobrze, jeszcze raz... Ostrożnie... Ogon już blisko...
     Rumba poderwała się gwałtownie na równe łapy! Znów odskoczyłem, tym razem gotowy do natychmiastowej ucieczki. Niepotrzebnie.
     - Ach, ta dzisiejsza młodzież - zamruczała - młodsze toto, mniejsze, a starszych w ogóle nie szanuje. Co za czasy... - narzekając, podeszła do drzwi i spojrzała wymownie na Człowieka.
     - Chyba żartujesz! Świnka Cię wygania? - Mężczyzna był ogromnie zaskoczony. Rumba twardo wpatrywała się w niego.
     - No dobrze, jeśli chcesz... Ale przecież nie masz czego się bać. - powiedział. Nie ma czego, dobre sobie! Wy mnie jeszcze nie znacie!
     Spojrzałem w kierunku łóżka. Bolek patrzył na mnie wielkimi, okrągłymi oczami. Nigdy nie byłem pewien, czy jest przerażony, czy ma taki wyraz na co dzień. Tym razem oczy były jeszcze większe, niż zwykle. Malował się w nich ogromny szacunek. No, dobrze, że nie strach! Może wreszcie się przełamie.
     - No i co? - spytałem - Psy się mnie boją, uciekają, więc nie ma powodu do obaw. To Twoje wczorajsze czarnowidztwo to tylko wyobraźnia. Rozumiesz? Nic nam nie grozi!
     - No... - na nic więcej chyba nie było go stać. Rzuciłem jeszcze raz okiem na drzwi - zamknięte, czyli można pobiegać. Zostawiłem nowego koło łóżka i ruszyłem przed siebie. Sukces - sukcesem, a trzeba korzystać z możliwości pobiegania. Czas ucieka.
     Swoją droga, nie spodziewałem się, że Rumba wyjdzie z pokoju. Chciałem tylko pokazać Bolkowi, że do psa można podejść, a on nic nie zrobi. A tak jest jeszcze lepiej. Boluś musiał się przekonać, że to nie my mamy się bać, tylko psy! Inna rzecz, że taki numer z Melą mógłby mi nie wyjść. A do Fili lepiej się nie zbliżać, zresztą i tak na czas naszych spacerów Człowiek nie wpuszcza jej do pokoju.
     - I jak, Bolek? - spytałem po powrocie do klatki - Już się nie boisz?
     - Jeszcze się boję, ale trochę mniej - przyznał - Psy i ludzie są tacy wielcy...
     W sumie ma rację. Jeśli dotąd miał z nimi do czynienia tylko w sklepie, to i nic dziwnego, że się boi. Nie wie, że nie ma powodu.
     - Jeszcze się do nich przekonasz - upewniłem go - No może tylko to branie na ręce jest nieprzyjemne... O, kolacja!
     Zmieniłem temat, bo usłyszałem z drugiej ludzkiej klatki, zwanej nie wiadomo, czemu "kuchnią", charakterystyczny szelest. Zawsze oznaczał on, że wkrótce pojawi się Mężczyzna z czymś smacznym. Rzeczywiście, tym razem dostaliśmy buraka z liśćmi. Po kolacji położyliśmy się spać, Boluś nadal w domku, a ja na wygodnym sianie pod paśnikiem. Zanim zasnąłem, rzuciłem okiem na kolegę. Mniej się boi, to dobrze, nie mogę tylko przedobrzyć. Bo jeszcze się zacznie buntować przeciw mnie...
Copyright © 2008-2010 http://www.swinkimorskie.eu
Webmaster & Design by Gandalf & Karena
statystyka