Data ostatniej aktualizacji: 29.07.2010r. flaga_polski flaga_angielska
Bercik

"Opowieść dwunasta czyli znów u Zielonych"

     Następnego dnia obudziłem się wcześnie rano, Człowiek jeszcze spał. Nowy... to jest Boluś, też. Przeciągnąłem się - jednak spanie na sianie wyciągniętym z paśnika jest miłe - miękko i ładnie pachnie. Boluś przespał noc w domku, nie wypędzałem go stamtąd, był zbyt przerażony wszystkim. Biedak... musiał mieć trudne dzieciństwo. A i Brunner mu nie pobłażał...
     - Dzień dobry, Berciku - zanim usłyszałem głos Rumby, dobiegł mnie stuk jej pazurów - Podobno masz kolegę? Przedstawisz mnie?
     O, jest okazja pokazać nowemu, kto tu rządzi! No to do roboty!
     - Cześć, Rumba! Nareszcie! - odezwałem się specjalnie głośniej, żeby obudzić nowego - Ile miałem czekać?
     - Na co czekać? - zdziwiła się Rumba - O czym Ty mówisz?
     - Na Ciebie! Późno przyszłaś! - prawdę mówiąc, nie bardzo wiedziałem, jak z tego wybrnąć, nie pomyślałem o reakcji psów.
     - Nigdy na mnie przecież nie czekałeś... - Rumba wydawała się całkiem zagubiona. Za to usłyszałem, że Boluś się obudził. Ciekawe, ile usłyszał. Tak, czy inaczej, muszę spławić psa.
     - No, już, Rumba, idź. Głodny jestem!!! - zacząłem krzyczeć pod adresem Mężczyzny. Rumba spojrzała na mnie dziwnie i położyła się. Mężczyzna zaczął się ruszać, najwyraźniej obudziłem go.
     - Jeeeeeść!!!
     - No, już, już... - dobiegło od strony łóżka. Człowiek zwlókł się po chwili i poszedł w kierunku drugiej ludzkiej klatki, z której przynosił jedzenie.
     - No, wreszcie - mruknąłem, tym razem myśląc o Bolku. Ten wyszedł z domku, ostrożnie rozglądając się.
     - Widziałeś, jak rządzę? - spytałem go - właśnie wysłałem Człowieka po jedzenie!
     - Widziałem. Jesteś szefem - wyszeptał nowy. Nadal bał się świata.
     Po chwili dostaliśmy świeżą marchewkę i natkę pietruszki. Zabrałem się do jedzenia, Boluś tymczasem wciągnął swoją natkę do domku. Zanim ją zjadł, złapałem drugi kawałek marchwi - kto pierwszy, ten lepszy!
     Nagle pojawiła się ręka człowieka i zabrała mi śniadanie sprzed nosa! Jak tak można! Z wrażenia oniemiałem!
     - Bercik, Ty już zjadłeś! Bolkowi też się należy! - usłyszałem. Co niby się należy? Jedzenie? Jedzenie należy się temu, kto pierwszy ugryzie! Ludzie nigdy nas nie zrozumieją...
     Mężczyzna tymczasem włożył marchewkę do domku. Boluś, który uporał się do tego czasu z natką, zaczął ją szybko jeść. Próbowałem jeszcze mu ją zabrać, ale Człowiek zdecydowanie odsunął mnie. Co było robić? Poszedłem do paśnika, trzeba było coś zjeść.
     Naglę zdrętwiałem. Mężczyzna powiedział:
     - Musimy dziś pojechać do weterynarza. Trzeba zbadać Bolusia, a i Tobie nie zaszkodzi.
     Do weterynarza? Do zielonego? Żeby mnie znowu kłuł i kładł na plecy? Jeszcze tego brakowało!
     Na razie jednak Człowiek nalał nam wodę do poidła, dołożył siana i poszedł do Pracy. Skorzystałem z okazji.
     - Bolek, wiesz, gdzie pójdziemy? Wiesz, kto to weterynarz?
     - Nie, a kto?
     - Ja mówię na niego Zielony, bo ma taki kolor. Byłem u niego kilka razy. Wiesz, co on robi? Kłuje świnki!
     - Jak to kłuje? Czemu?
     - Nie wiem, mówi, że to dla naszego dobra. Ale takie kłucie boli! Bardziej, niż ugryzienia Brunnera!
     Boluś miał okrągłe z przerażenia oczy i wcisnął się w najdalszy kąt domku.
     - Ale to jeszcze nie wszystko! - ciągnąłem - On rzuca świnkami, przekłada je na plecy, tak, że nie wiedzą, gdzie jest góra, a gdzie dół! I potem długo nie mogą przez to chodzić! I otwierają siłą pyszczki, i wkładają do nich różne rzeczy, i... - Wymyślałem coraz bardziej koszmarne wizje. Nowy bał się tak, że zamknął oczy i zaczął dygotać. Wtedy odpuściłem i poszedłem jeść. Boluś tak się wystraszył, że przez prawie cały dzień nie wychodził z domku. Miałem miskę i paśnik tylko dla siebie!
     Dzień minął stanowczo zbyt szybko. Gdy Mężczyzna wrócił, od razu przygotował transporter. Niedobrze! Natychmiast wpadłem do domku, wyrzucając stamtąd Bolka. Ten nic nie mówiąc zaczął wpychać się obok mnie.
     - Uspokójcie się, przecież nic się nie dzieje! - dobiegł mnie z góry. Nic! Może teraz, ale co będzie później?!
     Człowiek oczywiście nie zwracał uwagi na nasze protesty. Podniósł domek i zabrał Bolka, a po chwili i mnie. Wylądowałem w transporterze obok stosu siana i przerażonego nowego. No dobrze. Co ma być, to będzie. Na razie jest siano i na tym trzeba się skupić. Zabrałem się do jedzenia. Bolek siedział nieruchomo, przerażony. Transporter zadygotał, zakołysał się i zapadła ciemność. Rozejrzałem się - na zewnątrz widać było coś podobnego do ludzkiej ściółki z łóżka, czyli tego, no... koca. Za chwilę zaczęliśmy się rytmicznie chwiać i zrobiło się chłodno. Bolek zamknął oczy.
     - Nie bój się, jeszcze nie ma czego - próbowałem go trochę uspokoić, ale nic to nie dało. Nie ma co, trzeba zająć się sianem.
     Podróż klatką na kołach trwała wyraźnie dłużej, niż to zapamiętałem. Człowiek coś wspominał o przeprowadzce Lecznicy, cokolwiek by to nie było. Wkrótce się wyjaśniło, co to.
     - No to dojechaliśmy do lecznicy - powiedział Mężczyzna, gdy klatka na kołach przestała się kołysać. Po chwili kołysania, niesieni przez niego, weszliśmy do jakiegoś ciepłego miejsca. Człowiek zdjął koc. To była jakaś inna Lecznica, niż poprzednio, większa i ładniejsza. Tylko zapachy te same...
     - Dzień dobry - usłyszałem.
     - Dzień dobry. Zapraszam.
     Człowiek wniósł nas do innego pomieszczenia i postawił dość wysoko. Był tu Zielony...
     - O, nowa świnka?
     - Tak, mam go od wczoraj i przyniosłem go na kontrolę. I Bercika też.
     - Od kogo zaczynamy?
     - Może od Bolka?
     Mężczyzna wyjął przerażonego nowego i postawił obok transportera. Z zainteresowaniem obserwowałem, co się działo przez przezroczyste ścianki. A działo się niewiele. Zielony przejrzał nowemu futro, obejrzał uszy i pazury, odwrócił na plecy i zajrzał dziwną rurką do pyszczka i skończył się nim zajmować. Bolek wrócił wyraźnie uspokojony, choć jeszcze nie do końca. Teraz przyszła moja kolej. Ja nie dam się tak łatwo! Usiłowałem uciec, schować się pod Bolusiem, ale było za mało miejsca. Człowiek złapał mnie i postawił na jakimś kocu. Natychmiast szarpnąłem się, próbując uciec dokądkolwiek.
     - Bercik, spokój!
     Akurat! Żeby mnie kłuli? Szarpnąłem się jeszcze raz, teraz już kwicząc najgłośniej, jak mogłem.
     - Ma Pan histeryka - powiedział Zielony.
     - Trudno, co zrobić?
     Histeryka? Jakiego histeryka! Ja tylko chcę być traktowany z szacunkiem, jak świnka morska! Zielony przejrzał mi futro i uszy, mimo moich głośnych protestów. Odwrócił mnie na plecy i mocno przytrzymał, mimo moich prób wywinięcia się do właściwej pozycji brzuchem w dół. Włożył mi do pyszczka tę dziwną rurkę pogmerał chwilę i wyjął.
     - W porządku, obaj są zdrowi.
     - Dziękuję bardzo - odpowiedział Mężczyzna i włożył mnie do transportera. Bolek patrzył na mnie lekko kpiącym wzrokiem. Oj, będę miał trudny wieczór...
Copyright © 2008-2010 http://www.swinkimorskie.eu
Webmaster & Design by Gandalf & Karena
statystyka