"Opowieść pierwsza, czyli skąd się wziąłem"
Pierwszą rzeczą, jaką pamiętam, wcale nie jest mama i rodzeństwo. Ich sobie nie przypominam, choć na pewno miałem rodzinę. Jak przez mgłę pamiętam niewielką klatkę, w której spędziłem kilkanaście pierwszych dni życia. Za to doskonale przypominam sobie wybieg, jasno oświetlony, o oszklonych ścianach, bez dachu i zatłoczony. Świnkami i nie tylko. Włożyła mnie do niego dziwna, gigantyczna istota.- Cześć, nowy! – przywitał mnie dorosły świń. – Mam na imię Brunner. Wiesz, gdzie jesteś?
- Daj mi spokój – odkwiknąłem i schowałem się w siano. Swoją drogą, świetna rzecz, to siano. I schować się można, i pochrupać.
- Nie dam ci spokoju! - zaterkotał Brunner i wpadł w moje gniazdko. – Jestem tu szefem i masz mnie słuchać!
- Odczep się! – zacząłem uciekać, ale Duży był szybszy. Co rusz dopadał mnie i terkotał: - Poddaj się! Nie masz szans! W końcu nie miałem wyjścia…
- Dobra, no już…O co ci chodzi ?
- Już mówiłem – że ja tu rządzę. No i musisz wiedzieć, jak tu się żyje.
- A właściwie… Gdzie jestem ??? – W końcu dotarło do mnie, że to miejsce nie przypomina w niczym tego, co pamiętałem o rodzinnej klatce.
- Jesteś w sklepie ze zwierzętami.
- W… czym ?
- W sklepie. To takie miejsce, gdzie przychodzą ludzie i zabierają świnki, króliki…
- Co to ludzie? Co to króliki? – nie znałem tych słów.
- Króliki to te długouche – Brunner pokazał mi kilka postaci siedzących w rogu. Faktycznie, miały komiczne, długie uszy, zupełnie niepodobne do naszych. - A ludzie.. spójrz w górę.
Spojrzałem. I oniemiałem. Tam były takie same olbrzymy, jak ten, który mnie tu włożył, o dziwnych, płaskich, bezwłosych twarzach, stojący jakimś cudem tylko na tylnych nogach.
- To… to ludzie ? Kim są ?
- Posłuchaj, mały, ludzie dzielą się na sklepowych i przejściowych. Sklepowi to ciągle ci sami, dają nam jeść i pić, sprzątają. I czasem przynoszą nowych. Przejściowi przychodzą tu, patrzą na nas, gadają i czasem zabierają któregoś z nas lub królików. Nie wiemy, dokąd, ale wierzymy, że w lepsze miejsce niż to. Bo gdzie indziej mogliby nas zabierać?
- Aha, rozumiem – odpowiedziałem, choć niewiele do mnie dotarło. – A króliki ?
- Króliki są podobne do nas, ale mówią nie całkiem zrozumiale.
I nas też nie zawsze rozumieją. To w sumie mili faceci, ale nie przepadam za ich towarzystwem. I reszta świnek też. O właśnie, reszta świnek. Na wybiegu było ich jeszcze kilka, mniej więcej w moim wieku. Nieźle, będę miał kolegów milszych niż Brunner. Pociągnąłem nosem – sami chłopcy. No cóż, lepsze takie towarzystwo, niż żadne, poza tym przy dziewczynkach pewnie od razu zaczęlibyśmy się bić. A ja tu nowy, nie dałbym rady.
- No, chodź, nowy. Nie bój się. Tu masz miskę z jedzeniem, a tu z wodą. Zasady znasz – kto pierwszy i silniejszy, ten lepszy. – zachęcił mnie Brunner. – A właśnie, jak masz na imię ? Niezręcznie mi każdemu tu mówić po kolorach.
- Ja nie mam imienia… – szepnąłem.
- Jak zawsze… Miałem nadzieję, że chociaż ty… Masz nietypowy kolor. No nic, będę cię wołał aguti. A teraz idź poznać kumpli, jakiś czas tu pomieszkasz.
Tak zamieszkałem w sklepie ze zwierzętami. Ale to był dopiero początek fascynującej przygody mojego życia.


