SPŚM

18 listopada, 2017

Świński komiks

Przeprowadzone akcje

Nasza Grupa Interwencyjna jest cały czas w trakcie wypracowywania procedur i skutecznych sposobów działania. Czekamy na Wasze zgłoszenia, żadnego nie zostawimy bez reakcji.

Przez te kilka lat stowarzyszeniowej działalności udało się nam przeprowadzić szereg skutecznych akcji i interwencji. Nie sposób opisać je wszystkie, więc w tym dziale będziemy umieszczać te historie, które najlepiej oddają naszą ideę - dlaczego istniejemy i co robimy.

 


 

Klaudi – czyli świnka się "zepsuła"

Jak to jest z tym wyrzucaniem rzeczy? Ulubiony telefon się roztrzaskał przy bliskim i nagłym kontakcie z ziemią – no trudno, można było bardziej uważać. Co teraz? Trzeba wyrzucić (jak ktoś jest bardziej ekologicznie świadomy, to wie, że nie do śmietnika na podwórku razem z obierkami z ziemniaków, tylko na elektrośmieci :)) i kupić nowy – to ta przyjemna część procesu. Ale co wtedy, kiedy zepsuje się świnka morska – mała, półroczna – praktycznie świnkowe dziecko? Ot tak, nagle przestały działać jej nóżki... Serwis dla świnek jest drogi, nie opłaca się tam jechać – powiedzą, że źle konserwowana, niewłaściwy użytek i skasują astronomiczną kwotę, za którą można kupić osiem nowych ślicznych świnek, niepopsutych. Co wtedy? Można ją wystawić na klatkę schodową w pudełku. Samą, chorą, zupełnie zdezorientowaną, bez czegokolwiek do jedzenia i picia. Wyrzucić – jak zepsuty telefon... Często takich porzuconych zwierząt nie znajduje się wcale, albo wtedy, kiedy jest już za późno, i zajęła się nimi choroba, zimno, drapieżniki. Klaudi miał szczęście, znalazł go patrol Straży Miejskiej i przekazał go nam. Świnka miała ciężki niedowład tylnych łapek spowodowany niedoborami witamin, była wychudzona i przestraszona. Nie mogła się nawet na nich oprzeć – zepsuta! Ale życie postanowiło dać jej drugą szansę, więc i Klaudi postanowił dać drugą szansę człowiekowi. Dzięki Stowarzyszeniu trafił do kochającego domu z drugą świnką – Doloresem, który na powitanie zaczął lizać go po nóżkach – jest to jego prywatny, najlepszy rehabilitant. Oprócz tego chłopak codziennie wykonuje specjalne ćwiczenia i gdzieś, na dalekim horyzoncie majaczy przed nim perspektywa w miarę normalnego poruszania się, a nie pełznięcia z bezwładnymi tylnymi nóżkami. Nigdy nie będzie biegał i skakał jak w pełni zdrowa świnka. Poprzedni właściciel trwale go „uszkodził” swoją bezmyślnością i głupotą. Ale może być szczęśliwy i kochany, a to najlepsze, co zwierzę może od życia dostać.

Żuczek z małooczem

Nazywam się Żuczek i chcę Wam trochę opowiedzieć o moim życiu. Urodziłem się 5 listopada 2012r. z małooczem. Byłem najmniejszy z całego rodzeństwa. W wieku 3 tygodni ważyłem zaledwie 85g, kiedy normalna, zdrowa świnka w tym wieku powinna ważyć ok.250g. 26 listopada trafiłem pod opiekę Stowarzyszenia Pomocy Świnkom Morskim, gdzie się mną porządnie zajęto i wtedy zrozumiałem, że mam szansę na normalne życie. Liczne wizyty u weterynarza sprawiły, że wiedzieliśmy na czym stoimy. Na początku przez trzy dni byłem na diecie banankowej i granulatowej, potem stopniowo były wprowadzane inne warzywa i owoce. 28 listopada miałem wstępne oczyszczanie oczodołów pod narkozą, kolejne było za 4 tygodnie. A ja tylko rosłem, rosłem i nabierałem masy. Na początku grudnia wagowo przekroczyłem 100g, kawał świnki ze mnie wtedy był. 6 grudnia zorganizowano dla mnie bazarek, ludzie albo kupowali, albo dawali fanty, każdy pomagał jak mógł, nikt nie żałował ani grosza! Rozkochałem już w sobie każdego, kto czytał mój wątek na forum… 16 grudnia ważyłem aż 139g- apetyt mam jak słoń! W styczniu miałem operacje- czyszczenie oczodołu, dzięki temu zabiegowi już mnie nic nie bolało. Tam w lecznicy miałem nową klatkę i nową karmę, było super! Na początku lutego zostałem połączony z Grzesiem. Grześ podobno jest cały biały i ma czerwone oczy, ehh czego to ludzie już nie wymyślą. Na początku Grześ mnie się trochę bał, ale potem ja go goniłem, potem on trochę mnie, ale jednak z Grzesia to równy gość jest, taki jak ja. Dostaliśmy w prezencie nową, superową klatkę jest ogrooomna i mamy gdzie biegać. Mamy ją od takiej pani, która adoptowała świnki ze Stowarzyszenia. Otrzymaliśmy również nowy mięciutki dry bed i inne prezenty. 19 lutego zamieszkaliśmy w Warszawie u super rodzinki, mamy tam blisko do specjalistów, super opiekę, po prostu... jesteśmy szczęśliwi!

Świnki z BYSTREJ

17 sierpnia 2010 r. w lokalnym Radiu Bielsko ktoś ogłosił, że odda około 30 świnek morskich w dobre ręce. Ogłoszenie usłyszała wolontariuszka SPŚM i nagłośniła sprawę na forum Caviarnia. Po dyskusji zdecydowano przejąć zwierzęta. Akcja została starannie przygotowana: umówiono i policzono Domy Tymczasowe, klatki, transport. Zorganizowano też zbiórkę pieniędzy na leczenie i utrzymanie przejętych świnek. Świnki trzymane były w zbudowanej w stajni zagrodzie z desek o rozmiarach metr na półtora metra. W poprzednich latach podobno biegały luzem po ogrodzie, ale właściciel twierdził, że ze względu na psa musiał je zamknąć w stodole. Świnek było około czterdziestu, w tym ponad dwadzieścia samic, z czego piętnaście w widocznej ciąży. Karmione były obierkami, ziarnem i trawą. Właściciel, który miał w gospodarstwie i inne zwierzęta, twierdził, że świnki rozmnożyły się przypadkowo. Nie była to klasyczna pseudohodowla, raczej brak kontroli nad zwierzętami. 26 sierpnia 2010 r. odbyła się akcja przejęcia świnek przez Stowarzyszeniową ekipę ze Śląska. Kilka zwierząt, jak się okazało, było całkowicie lub częściowo ślepych. Niektóre samice po porodach wyłysiałe i wychudłe. Samce miały rany od walk i grzybicy. Generalnie było tam brudno, głodno i okropnie. Świnki niedożywione, w marnej kondycji, wszystkie niemal wymagały leczenia, odżywienia, niektóre konsultacji specjalistów. Na wstępie zwierzęta zostały zaopatrzone w leki przeciwgrzybicze i przeciwpasożytnicze, a następnie rozwiezione do Domów Tymczasowych – od Olsztyna po Wrocław, ze szczególnym uwzględnieniem Śląska, Krakowa, Łodzi i Warszawy. W drodze niektóre samiczki urodziły, więc pogłowie Bystrzaków wzrosło. Po pobycie w DT, odkarmieniu i wyleczeniu, wszystkie znalazły Dobre Stałe Domy. Napodróżowały się po kraju: pewien kudłaty samczyk jechał z Bielska-Białej przez Śląsk i Warszawę do DT w Olsztynie, a potem do DS przez Warszawę do Szczecina. W sumie świnek „bystrzaków” i ich potomków jest pięćdziesiąt kilka. Są to w większości nieduże, długowłose mieszańce, niektóre z wadami wzroku (głównie zaćma wrodzona z powodu awitaminozy), jednak w swoich domach żyją w dobrym zdrowiu. Jedna z samiczek musiała mieć usunięte siekacze – zapewne na skutek urazu - i przeżyła kilka zabiegów pod narkozą. Po wyleczeniu zamieszkała w świnkowym stadku w Szczecinie i radzi sobie świetnie. Sporo jest świnek aspołecznych – co zrozumiałe, ze względu na warunki, w jakich żyły, zmuszone do walki o wszystko. W wyniku zbiórki uzyskano sumę ponad 1800 zł, która, jak się okazało, w przybliżeniu pokryła wydatki weterynaryjne.

Świnki ze Śremu

Na poczatku pazdziernika 2010 r. jedna z forumowiczek (obecnie członkini SPŚM) zaalarmowała nasze forum - Caviarnię, że w tak zwanym minizoo w parku miejskim w Śremie (wielkopolskie) świnki morskie przebywają w złych warunkach. Rzeczywiście, świnki mieszkały w malutkiej zagrodzie w parku, razem z królikami. Miały szopkę z desek, korytko z karmą (taką samą jak dla kur i krolikow), brudną miskę z wodą. Żyły w stadzie, więc mnożyły się bez kontroli. Świnek mogło być około czterdziestu, w tym matki z młodymi i cieżarne samiczki. Ponieważ zaczynały sie jesienne przymrozki i świnkom groziła smierc z wychłodzenia, Stowarzyszenie postanowiło interweniowac natychmiast. Samo ustalanie w urzędzie miejskim osob odpowiedzialnych za utrzymanie parku i zwierząt trwało jednak kilka dni. Pertraktacje w sprawie przejecia świnek przez Stowarzyszenie również były niełatwe, trzeba było użyc zarówno osobistej perswazji, jak i wykorzystać lokalne media. Urzednicy w rezultacie zgodzili się na przekazanie świnek Stowarzyszeniu, choc do ostatniej chwili nie było wiadomo, jak się sprawa zakonczy. Umowiona ekipa wyjechała w sobotę 23 paŸdziernika 2010 r. z Łodzi. Nieoswojone świnki zostały schwytane, zapakowane do kartonów, policzone, i po podpisaniu protokołu przekazania przywiezione do Warszawy. Swinek przejęliœmy 17, kilka młodych urodziło sie poŸniej. Zwierzeta okazały się dobrze odżywione, raczej zdrowe, co zaskakujące, nawet nie miały pasożytów. Dorosłe samce były natomiast bardzo poważnie pogryzione, bowiem walczyły między sobą; jeden nawet stracił oko. Zwierzątka zamieszkały w domach tymczasowych głównie w Łodzi i Warszawie, z których je adoptowano. Wszystkie Ś„Œremiaki” są do siebie podobne: gładkowłose agutki w kolorze szaro-beżowo-kremowo- białym. To duże, mocno zbudowane œwinki, samczyki dochodzą do 1300g. Chów wsobny nie zdążył u nich spowodować zauważalnych deformacji. Dzikusy oswoiły się łatwo, ale niektóre dorosłe samce okazały się aspołecznymi pieszczochami i żyją w pojedynkę. Natomiast maluchy, zwłaszcza urodzone w domach tymczasowych, nie sprawiały żadnych problemów „wychowawczych”. Jeden z najdorodniejszych samczyków odszedł za TM po miesiącu w domu tymczasowym – okazało się, że miał białaczkę. Pozostałe śœwinki znalazły nowe, kochające domy i są bardzo wdzięcznymi domownikami. W ŚŒremie w parku miejskim w następnym roku œświnek już nie było!

 


2010

 

Swinka w reklamówce

Zima, grudzień 2010, dzień przed Wigilią. Śnieżna i zimna noc. Jedna z członkiń Stowarzyszenia idąc chodnikiem koło lasu na przystanek autobusowy, zauważyła ruszającą się w oddali reklamówkę. Zaniepokojona, niewiele myśląc wbiegła w zaspy śniegu sięgające powyżej kolan - reklamówka była szczelnie zawiązana, a w środku coś się nieporadnie ruszało. Przy pomocy rąk i zębów rozerwała reklamówkę. Jej oczom ukazał się nieoczekiwany widok - w środku siedziała mała, dygocząca z zimna i strachu świnka morska! Po wizycie u weterynarza okazało się, że jest to niespełna miesięczna, zdrowa samiczka. Świnka trafiła na kwarantannę, niestety po kwarantannie zachorowała. To co przeszła znacznie osłabiło jej układ odpornościowy. Dopadła ją infekcja dróg oddechowych, grzybica oraz problemy trawienne. Świnka na początku wpadała w panikę na dźwięk szeleszczącej reklamówki - teraz ten szelest kojarzy jej się już jedynie ze zbliżającym się jedzeniem. Świnka została u osoby, która ją znalazła. Obecnie Kruszynka, nazywana pieszczotliwie Kruchą_Szynka, jest piękną i zdrową pupilką rodziny.

Nikoś z Rybnika

2 lipca 2010 r. Rybnik Otrzymaliśmy informację, że do jednej z lecznic została przyniesiona świnka morska, w celu uśpienia. Wg wersji "opiekunów" spadła dziecku na podłogę. W wyniku wypadku zwierzątko potrzaskało sobie kości tylnych łapek i uszkodziło nerki. Świnka została pozostawiona w klatce bez pomocy medycznej na dwa tygodnie! W efekcie kości zrosły się nieprawidłowo i zwierzątko nie było w stanie przyjąć normalnej postawy (jedna z nóżek zrosła się na sztywno i świnka opierała swój ciężar głównie na prawej przedniej łapie). Ze względu na brak opieki w domu świnka miała też znaczne odleżyny. Pani weterynarz nie zgodziła się na eutanazję i podjęła się opieki nad niepełnosprawnym zwierzątkiem. Świnką, jak się okazało samczykiem w wieku ok. 3 lat o imieniu Nikoś, zaopiekowała się następnie nasza członkini mieszkająca w pobliżu. Ze względu na obrażenia zwierzątko trafiło ostatecznie do Warszawy, do innego członka SPŚM, tym razem na stałe. Niestety, po długiej walce o zdrowie, w kończyny wdało się zakażenie, którego powodem były rany wywołane nieprawidłową postawą. Gdy zakażenie sięgnęło tak daleko, że konieczna stała się amputacja prawej przedniej łapki, na której przede wszystkim Nikoś opierał ciężar ciała, opiekun, po konsultacjach weterynaryjnych, podjął w dniu 31 sierpnia 2010 r. decyzję o eutanazji.      Jedynym powodem cierpień świneczka był brak odpowiedzialności pierwszych "opiekunów", którzy zignorowali wypadek maluszka. Szybka reakcja pozwoliłaby na prawidłowe zrośnięcie się kości i powrót Nikosia do normalnego życia.

7 świnek porzuconych w krzakach

27 maja 2010 r., ok. 18-tej, zgłosiła się do nas zaprzyjaźniona lecznica z warszawskich Bielan. Przyszła tam mieszkająca w pobliżu kobieta, która poinformowała, że w okolicznych krzakach przebywają bezdomne świnki morskie.
Jedna z nich, niestety, już była martwa (prawdopodobnie zabita przez psa). Na miejscu zjawiło się dwoje naszych członków. Pomocy w łapaniu udzieliła osoba, która zgłosiła świnki i dwoje klientów lecznicy.
Pomimo ponad półtoragodzinnych wysiłków, udało się złapać tylko jednego samczyka. Ustaliliśmy też orientacyjną ilość świnek. Pozostałe działania przełożyliśmy na następny dzień, ze względu na nadchodzącą noc.
Rano, ok. 6-tej, na miejscu stawiło się pięć osób, w tym dwóch członków Stowarzyszenia i trójka wolontariuszy-sympatyków. Tym razem w toku półtoragodzinnej akcji udało się złapać wszystkie świnki.
Zwierzątka na szczęście czuły się dobrze i nie miały żadnych obrażeń. Były zadbane, widocznie nie przebywały na wolności dłużej niż 24h. Wśród tej szóstki były trzy samczyki ok. półroczne, dwie samiczki w tym samym wieku i jedna ok. roczna. Najstarsza i jedna z młodszych były w ciąży.
Świnki porzucono w krzakach, obok stała miska z wodą i domek i leżał ogórek. Najwyraźniej były "opiekun" liczył na to, że jakoś sobie poradzą. Przypominamy, że świnki morskie nie są zwierzętami dzikimi i bardzo łatwo padają łupem drapieżników! Również nasz klimat im nie służy!
Jeśli musisz pozbyć się swojej świnki, zgłoś się do nas! Nie skazuj jej na okrutną, być może powolną, śmierć!

 


2009

 

Samiczka podrzucona do kliniki

10 lutego 2009 roku dostaliśmy telefon z lecznicy na Woli w Warszawie. Ktoś na klamce od drzwi w reklamówce zostawił świnkę morską... Okazało się, że była to mała drobna samiczka o białym umaszczeniu z "przybrudzonym noskiem". Na dotyk ludzi piszczała z przerażenia.
Po wizycie u weterynarza dowiedzieliśmy się, że spuchnięta warga to siniak po uderzeniu. Nie wiadomo czy sama sobie zrobiła krzywdę spadając skądś czy też ktoś ją uderzył. Do tego miała stwierdzone połamane siekacze, awitaminozę oraz drożdżaki w pyszczku. Możliwe, że od uderzenia doznała uszkodzenia czaszki. Groziło jej upośledzenie. Jednakże największym problemem było niejedzenie. Szczególnie, że przy wieku 6-8 miesięcy ważyła zaledwie 535 gram, czyli była bardzo wychudzona.
Po wielu wizytach u weterynarza zdiagnozowano chory trzonowiec w głębi jamy ustnej. Zapewne to było powodem niejedzenia. Wydawało się, że będzie już tylko lepiej. Owszem źle znosiła karmienie przez strzykawkę, wyrywała się ile mogła, miała odparzenia na łapkach od ciągłego siedzenia w kąciku, z ranek sączyła jej się krew z ropą, czasem zdarzyła się biegunka, robiła pod siebie, miała depresje, ale jednak było lepiej. Trochę przytyła, zaczęła wychodzić z klatki i w końcu gruchała przy głaskaniu. Niestety jej organizm okazał się zbyt słaby i Śnieżynka zasnęła 23 marca 2009 roku. Gdyby wcześniej zareagowano możliwe, że do dzisiaj cieszyłaby się dobry zdrowiem.

Świnki uratowane przed uśpieniem

I kwartał 2009 roku Wrocław Nasza sympatyczka nawiązała kontakt z kobietą, która zbierała chore świnki z okolicznych wsi i wiosek.
Rolnicy, aby dorobić sobie do pensji, tworzyli małe pseudohodowle ze świnek morskich. Chore i zabiedzone zwierzęta taniej było im uśpić niż leczyć. Kobieta co jakiś czas zabierała od rolników zwierzęta i jechała do Wrocławia je uśpić. Na szczęście zgodziła się przekazywać nam chore świnki morskie.
Stworzonka były w różnym wieku, od kilkutygodniowych po roczne, przez rozetki po krótkowłose, samczyki i samiczki. Wszystkie łączyło jedno: grzybica, świerzb, wszoły i smutek. Większość udało się wyleczyć i znaleźć im dobry domek. Po pewnym czasie gdy było ciężko okiełznać chorobę w stadzie, pseudo pozamykało swoją działalność. Zwierzęta już nie cierpią.


2008

Starszy samczyk porzucony w sklepie zoologicznym

7 listopada 2008 r. Łódź Otrzymaliśmy od sympatyczki Stowarzyszenia informację, że w osiedlowym sklepie zoologicznym ktoś zostawił starszą świnkę - samczyka. Wg informacji właścicielki sklepu zwierzątko pozostawili ludzie, którzy sami wzięli je od kogoś innego i trzymali na działce. Ze względu na skargi sąsiadów na piski świnki i pretensje o zaniedbywanie jej, „opiekunowie” podjęli decyzję, że najprościej będzie się jej pozbyć. Ponieważ właścicielka sklepu nie była w stanie zająć się świnką na stałe, nasza sympatyczka zainicjowała proces poszukiwania domu. Samczyk został oceniony na ok. 6 lat, był w dobrym stanie miał tylko bielmo na lewym oku, które później okulista zdiagnozował jako pękniętą soczewkę. Mimo przejść i zaniedbań był szalenie miły i przyjazny, sam nadstawiał się do głaskania i reagował na imię - Czesio. Świnka oczekiwała w sklepie na nowy dom ok. 3 miesięcy, do końca stycznia. Wtedy to członek SPŚM z Warszawy zorganizował transport i przyjął Czesia do siebie na stałe. Samczyk musiał jeszcze wyleczyć grzybicę i świerzb. Obecnie mieszka z dwukrotnie młodszym kolegą, z którym doskonale się dogaduje. Jest ogromnie ciekawski, odważny i inteligentny. Jak na swój wiek (w tej chwili ponad 8,5 roku) jest też niewiarygodnie sprawny i zdrowy. Pomimo dwukrotnej zmiany miejsca zamieszkania, ignorowania i zaniedbań ze strony ludzi jest wobec nich bardzo otwarty i kontaktowy.

Długowłosy samczyk, pozostawiony przy lecznicy

1 października 2008 r. ok. godz. 18-tej, z jednym z naszych członków skontaktowała się lecznica znajdująca się na Bródnie (Warszawa).
Ktoś pozostawił w zimny, deszczowy wieczór obok drzwi lecznicy świnkę morską w torbie foliowej. Do torby była wstawiona łubianka wypełniona trocinami, w której znajdowała się garść trawy i zwierzątko.
Świnka natychmiast trafiła pod naszą opiekę. Był to ok. czteroletni samczyk, dość brudny, z przerośniętymi pazurami i z dużym guzem na wierzchu lewej stopy. Miał też początki świerzbowca.
Guz okazał się starym, minimum 6-miesięcznym ropniem. Został on usunięty operacyjnie.
Samczyk, sądząc z zachowania, był pod opieką jakiejś starszej osoby (był bardzo rozpieszczony, przyzwyczajony do poduszek). Prawdopodobnie dotychczasowy opiekun zmarł, a spadkobiercy pozbyli się "kłopotu".
Świnka dostała imię Harald i po wyleczeniu została na stałe w DT (domu tymczasowym).

Wykup świnek ze sklepu zoologicznego

Luty 2008 roku - Kraków. Dziewczyny z Krakowa przyuważyły sklep zoologiczny, w którym sprzedawca specjalnie trzymał samiczki z samczykami, aby sprzedawać ich młode. Traktował samiczki jak "maszynki do robienia dzieci". Nie zważał na to, że wycieńczają je ciąża za ciążą.
Na początku obiecał, że rozdzieli świnki, ale nie dotrzymał słowa. W końcu opłaca mu się sprzedaż zwierząt. Trzeba było zainterweniować i je wykupić. Oczywiście były w ciąży. Wśród nowonarodzonych pojawiła się niewidoma świnka bez oczu. Zapewne było to konsekwencją wyczerpania organizmu matki, albo chowu wsobnego.
Po pewnym czasie świnki do siebie doszły i znalazły dobre domki.

Kolejny wykup świnek od "gadziarza"

Luty 2008 roku - Katowice. Na forum terrarystycznym pojawiło się kolejne ogłoszenie o sprzedaży świnek. Wśród naszych członków i sympatyków jest wiele osób o dobrym sercu i nie mogły zostawić tych świnek na pastwę węży. Zrobiliśmy zrzutkę pieniążków i wykupiliśmy 19 świnek. Była to pierwsza bardzo duża zorganizowana akcja pod szyldem Klubu Pomocy Świnkom Morskim zrzeszająca wiele osób.
Świnki okazały się być w bardzo złym stanie. Zagrzybione, wychudzone, samiczki wycieńczone ciążami i będące w ciąży. Nie mówiąc o awitaminozie i przerażeniu w oczach tych słodkich stworzonek. Kilka zeszło w dość krótkim czasie - zapalenie płuc, wypadnięcie macicy. Reszcie udało się pomóc. Wyleczyliśmy je, odchowaliśmy małe i znaleźliśmy im dobre domki.

Wykup świnek od "gadziarza"

Styczeń 2008 roku. Na forum terrarystycznym pojawiło się ogłoszenie o sprzedaży świnek. Monitorujemy takie fora, ponieważ chcemy, aby świnki morskie uniknęły losu bycia zjedzonym przez węża. Co prawda wykupywanie nie jest dobrym rozwiązaniem, ale kiedy nadarzy się okazja działamy.
Umowa była taka, że sprzedający po przelewie wyśle świnki PKSem w kartonie z Krosna do Warszawy. Gdy świnki dotarły na miejsce okazało się, że z 6 zakupionych świnek, jedynie jedna przeżyła. Reszta była martwa. Było to bardzo bolesne przeżycie.
Wyglądało to podejrzanie i doszliśmy do wniosku, że świnki już nie żyły, gdy sprzedawca je wysyłał, ponieważ wyglądały na martwe od dłuższego czasu. Jednakże bardzo się cieszymy, że chociaż jednej udało się uniknąć paszczy węża. Pomimo takich dramatycznych przeżyć świnka wytrwała. Widać było, że bardzo przeżył podróż z ciałami swoich towarzyszy. Samczyk bał się ludzi i unikał ich dotyku, ale miał iskierki w oczach i wolę życia. Po jakimś czasie został adoptowany i jako Wikuś znalazł domek w Katowicach u naszej sympatyczki.

Świnka podrzucona pod lecznicę z kotem i królikiem w Sylwestra

Sylwester 2007/2008. Ktoś podrzucił pod lecznicę w Warszawie koszyk z kotem, królikiem oraz świnką morską w samego Sylwestra. Zwierzaki zostały przewiezione do schroniska na Paluchu. Dzięki naszemu ogłoszeniu nasza sympatyczka zgłosiła się po świnkę i ją adoptowała
Świnka okazała się drobnym rozetkowym samczykiem z przewagą czarnego. Na szczęście nie był chory oprócz pozostałości po grzybicy. Czubatek szybko do siebie doszedł i zaaklimatyzował w nowym domku. Dostał też innego samczyka do towarzystwa.
Co prawda później miał problemy zdrowotne, ale jego opiekuna robiła wszystko co mogła, aby zapewnić mu dobre świnkowe życie. Na początku sierpnia 2009 odszedł za Tęczowy Most w kochającym domku.